Wszystkie materiały umieszczone na tej stronie (zdjęcia, filmy, teksty oraz grafiki) są własnością Komisji Krajowej WZZ Sierpień 80 i podlegają ochronie prawnej.
Materiały zawarte na niniejszej stronie mogą być wykorzystywane lub rozpowszechniane jedynie w celach informacyjnych oraz wyłącznie z notą o prawach autorskich oraz ze wskazaniem źródła informacji po wcześniejszym uzgodnieniu z Komisją Krajową WZZ Sierpień 80. 

Za :wysokienapiecie.pl

Klamka zapadła, Polska zapłaci miliony za utrzymanie wydobycia w kopalni Turów. Precedensowe postanowienie wiceprezes TSUE wydała sama, lekceważąc argumenty Warszawy. To jedna z jej ostatnich decyzji na tym stanowisku, ale zmiana w Trybunale niewiele zmieni już w sprawie. Albo dogadamy się z Czechami (po wyborach), albo poczekamy do wiosny na wyrok.

 

Polska od poniedziałku płaci ponad 2,3 mln zł (500 tys. euro) dziennie tytułem kary za niewykonanie postanowienia o tymczasowym wstrzymaniu wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów. Pieniądze jeszcze nie wpływają do unijnego budżetu, a ale jeśli ich nie przelejemy, Komisja Europejska sama potrąci je z wypłat.

Ile łącznie zapłacimy? To będzie zależało od dalszych kroków Polski i Czech oraz szybkości orzekania Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Pewne jest jednak, że poniedziałkowe orzeczenie będzie nas słono kosztować, bo unijne traktaty nie przewidują możliwości zaskarżenia takiego postanowienia.

Trybunał zignorował Polskę

Co więcej, traktaty wprost nie przewidziały nawet możliwości nałożenia kary na państwo członkowskie za niedostosowanie się do orzeczonego środka tymczasowego. Choć w 2018 roku, także w sporze z Polską, Trybunał uznał już, że ma takie uprawnienie, bo inaczej środki tymczasowe byłyby martwe (sprawa wycinki Puszczy Białowieskiej), to nakładając taką karę po raz pierwszy wiceprezes mogła przekazać polski wniosek Wielkiej izbie, czyli składowi 15 sędziów, o co zabiegała Warszawa. Odrzuciła jednak polski wniosek uznając, że wsparcie nie będzie jej potrzebne.

Jednak wiceprezes mogła przecenić swoje możliwości pełnej oceny sytuacji. Warszawa przedstawiła jej 57-stronnicowy wniosek o zniesienie nakazu wstrzymania wydobycia w Turowie, dołączając do niej kilka opinii, m.in. hydrologicznych czy dot. bezpieczeństwa pracy sieci przesyłowej elektroenergetycznej, liczących w sumie prawie 600 stron.

Rząd i eksperci zwracali w nich uwagę, że wstrzymanie pracy kopalni nic nie zmieni w stosunkach wodnych w Czechach, bo te poprawią się dopiero po zalaniu kopalni, co wymaga lat, a nie miesięcy (a tyle potrwa wydanie wyroku w sprawie). Przekonywali natomiast, że takie podmywanie dołu kopalni mogłoby spowodować osuwanie się ścian i zniszczenie nowego ekranu przeciwfiltracyjnego, który ma wstrzymywać odpływ wody z Czech. Sytuacja sąsiadów mogłaby się wtedy pogorszyć. Zwrócili też uwagę na bardzo napięty bilans energetyczny kraju i fakt, ze elektrownia Turów, która bez kopalni nie będzie w stanie produkować, bo – pomijając kwestie ekonomiczne – infrastruktura nie jest przygotowana do przyjmowania codziennie kilkudziesięciu składów kolejowych lub kilkuset ciężarówek z węglem.

Za zdrowie Czechów

Polska w końcu podniosła też, że wstrzymanie pracy elektrowni będzie skutkować realnym zagrożeniem życia i zdrowia mieszkańców Bogatyni i Zgorzelca. Oba miasta niemal w całości ogrzewane są ciepłem z elektrowni Turów. Nie ma możliwości zmiany tej sytuacji z dnia na dzień. Sędzia Rosario Silva de Lapuerta niemal całkowicie zignorowała ten argument. Skwitowała go tym, że Polska w niewystarczający sposób udowodniła to zagrożenie dla ludzi.

Nie tylko zdawkowo odpowiedziała na wszystkie polskie argumenty, ale też nierówno potraktowała w tym sporze Polskę i Czechy. Gdy wcześniej Praga starała się udowodnić, że praca kopalni stwarza niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia Czechów, a Polska podnosiła głównie straty materialne z tytułu wstrzymania pracy kopalni i elektrowni, wiceprezes TSUE uznała, że samo uprawdopodobnienie zagrożenia zdrowia i życia Czechów powinno mieć prymat nad argumentami Warszawy natury ekonomicznej. Tym razem, gdy chodziło o zdrowie i życie osób mieszkających po drugiej stronie granicy sędzia uznała, że Polska w niewystarczający sposób udowodniła to zagrożenie.

Belgijski atom ważniejszy od polskiego węgla

Co więcej, w postanowieniu, wydanym w poniedziałek, 20 września, sędzia nie wzięła już też pod uwagę argumentów Warszawy przesłanych jej w czwartek, 16 września, a dotyczących wstrzymania pracy najnowszego bloku węglowego w Jaworznie i dalszego pogarszania się bilansu energetycznego kraju. Zdawkowo potraktowała też wcześniejsze analizy PSE pokazujące, na przykładzie awarii, która częściowo unieruchomiła elektrownię Bełchatów, że bez Turowa bezpieczeństwo pracy polskiego systemu elektroenergetycznego byłoby zagrożone.

Inaczej TSUE podeszło do bezpieczeństwa belgijskiego systemu energetycznego kilka lat temu. Gdy tamtejsze organizacje ekologiczne chciały wstrzymania pracy elektrowni atomowych w Belgii, także powołując się na niezgodne z prawem przedłużenie okresu ich funkcjonowania, Trybunał uznał, że nie może przychylić się do tego wniosku ponieważ „jest [to] uzasadnione nadrzędnymi względami związanymi z koniecznością uniknięcia rzeczywistego i poważnego zagrożenia polegającego na przerwaniu dostaw energii elektrycznej w danym państwie członkowskim, a nie można zapobiec mu za pomocą innych środków i rozwiązań alternatywnych, w szczególności w ramach rynku wewnętrznego.”

Sędzia kończy kadencję

Zdawkowe odniesienie się wiceprezes TSUE do obszernych polskich argumentów wygląda trochę tak, jakby sędzia za wszelką cenę chciała już mieć tę sprawę z głowy zanim odejdzie na emeryturę. Rzecznik Trybunału potwierdził informacje WysokieNapiecie.pl, że za dwa tygodnie, 7 października, kończ się kadencja sędzi Silvy de Lapuerty, a 8 października sędziowie wybiorą spośród swojego grona nowego wiceprezesa.

Teoretycznie to może sprawić, że kolejne polskie wnioski o uchylenie środka tymczasowego będą rozpatrywane z większą wnikliwością, ale nie będzie to łatwe, bowiem ze względów formalnych TSUE nie powinien już wracać do oceny tych argumentów, z którymi rozprawiła się odchodząca wiceprezes. Niezbędne będą nowe okoliczności w sprawie.

Rozprawa jesienią, wyrok na wiosnę

Szybciej od uchylenia środka tymczasowego i kary, nastąpić może wydanie wyroku w sprawie. Wiceprezes przychyliła się do wniosku Polski o przyśpieszone rozpatrywania sprawy. Rozprawa została zaplanowana na początek listopada. Z praktyki wynika, że wyroku można się w takim razie spodziewać na wiosnę. Paradoksalnie jest bardzo prawdopodobne, że ostateczny wyrok w sprawie będzie znacznie korzystniejszy dla Polski od środka zabezpieczającego.

Co z umową z Czechami

Znacznie szybciej Polska mogłaby się porozumieć z Czechami, Według informacji portalu WysokieNapiecie.pl większość zapisów umowy polsko-czeskiej została uzgodniona. Polska zgodziła się na kluczowe zapisy na których zależało Pradze – m.in. finansowy udział Polski w projektach budowy wodociągów w Czechach, które mają zapewnić mieszkańcom Kraju Libereckiego zaopatrzenie w wodę.

Negocjowane wciąż zapisy dotyczą metody egzekwowania kar za nieprzestrzeganie umowy – strona czeska chce bardzo twardo wpisać wysokie kary finansowe, których Polska się obawia. Dlaczego? Według naszych polskich rozmówców Czesi chcą żeby domniemane naruszenia norm, zwłaszcza hałasu czy zapylenia, przypisywano automatycznie pracy kopalni. – Nie zgadzamy się na takie „domniemanie winy” kopalni Turów, bez sprawdzenia czy np. za hałas są odpowiedzialne inne czynniki np. ruch drogowy – tłumaczą nasi polscy rozmówcy.

Czesi chcą także aby stosować ich normy hałasu, które są bardziej restrykcyjne – choć różnica to zaledwie 5 decybeli. Pradze się nie śpieszy – zdają sobie sprawę, że po orzeczeniu TSUE o karze Polska jest pod jeszcze większą presją. − Sumę 500 000 euro dziennie uważamy za odczuwalną, dlatego mam nadzieję, że ten wyraźny sygnał będzie dla Polski silnym bodźcem do zawarcia umowy – głosi oświadczenie czeskiego ministra środowiska Richarda Brabca.

Nasi czescy rozmówcy niezwiązani z rządem uważają, że prascy politycy grają na zwłokę, a powodem są mające się odbyć 5 października wybory parlamentarne. Wprawdzie samo podpisanie umowy byłoby wielkim sukcesem Czechów, ale nie wiadomo czy pójdzie on na konto rządu Andreja Babisa czy też opozycyjnych polityków samorządowych Kraju Libereckiego, m.in. jego hejtmana Martina Puty. – W gruncie rzeczy umowę można zamknąć w ciągu dwóch godzin, ale wymagałoby to interwencji premierów obu krajów – tłumaczy nam jeden z czeskich negocjatorów. – Przecież mieszkańcom Czech nic nie przyjdzie z tego, że Polska zapłaci kary, a przedłużanie rozmów niepotrzebnie antagonizuje ludzi w obu krajach.

Oczywiście to polski premier musiałby wyjść z taką inicjatywą. – Rozważamy to, ale w rządzie ścierają się dwie frakcje i nie ma jeszcze decyzji – tłumaczą nasze polskie źródła. Polska ma też pewien argument natury ekonomicznej – gdybyśmy dogadali się w końcu z Czechami, to przez pewien czas moglibyśmy płacić mniejsze odszkodowanie na ich konto, zamiast obecnej, wyższej, kary na rzecz budżetu unijnego.

Oficjalny komunikat polskiego rządu stwierdza, że Turów będzie działać. – Od początku stoimy na stanowisku, że wstrzymanie prac kopalni w Turowie zagrozi stabilności polskiego systemu elektroenergetycznego. Miałoby to negatywne skutki dla bezpieczeństwa energetycznego dla milionów Polaków oraz dla całej Unii Europejskiej.

Kto drogi skraca…

Przypomnijmy, że cała sprawa rozpoczęła się od tego, że polski rząd postanowił pójść na prawne skróty, przyznając koncesje na wydobycie węgla w kilkunastu kopalniach bez wymaganych unijną dyrektywą decyzji środowiskowych. Uchwalono nawet w tym celu specjalną ustawę, z której niedawno przyszło się wycofać.

Turów: Sędzia ślepa na polskie argumenty

22 września 2021