Wszystkie materiały umieszczone na tej stronie (zdjęcia, filmy, teksty oraz grafiki) są własnością Komisji Krajowej WZZ Sierpień 80 i podlegają ochronie prawnej.
Materiały zawarte na niniejszej stronie mogą być wykorzystywane lub rozpowszechniane jedynie w celach informacyjnych oraz wyłącznie z notą o prawach autorskich oraz ze wskazaniem źródła informacji po wcześniejszym uzgodnieniu z Komisją Krajową WZZ Sierpień 80. 

Do zimowego szczytu jeszcze daleko, a już dziesięć podmiotów ma problem z dotrzymaniem obowiązkowych zapasów węgla. Co się dzieje z polskim „czarnym złotem”?

 

Choć teoretycznie każdy wie co to jest węgiel, to w rzeczywistości dzieli się on na wiele rodzajów, które mają innych odbiorców i handluje się nimi na innych rynkach. Tutaj zajmiemy się miałami dla dla energetyki i ciepłowni. Węgiel dla drobnych odbiorców to zupełnie inna historia, którą także wkrótce opiszemy.

Sygnały, że miałów brakuje, dochodzą od kilku tygodni. Ale skala zjawiska wypłynęła dopiero teraz. Urząd Regulacji Energetyki potwierdził portalowi WysokieNapiecie.pl, że dziesięć jednostek zawiadomiło urząd, iż na koniec października nie dotrzymało obowiązkowych zapasów węgla. Zgodnie z prawem energetycznym elektrownie muszą utrzymywać zapasy węgla na 20 lub 30 dni pracy. Za braki grożą kary, choć niezbyt wysokie.

 

Kto jest na liście? Spośród dużych jednostek to należące do Polskiej Grupy Energetycznej elektrownie  w Rybniku, Opolu i Dolnej Odrze. Według informacji portalu WysokieNapiecie.pl problem miała także elektrownia Ostrołęka, a także cztery ciepłownie i dwie mniejsze elektrociepłownie.

Pozostałe duże grupy energetyczne pozostali jakoś jeszcze obowiązkowe zapasy utrzymują, choć o fatalnej sytuacji mówią wszyscy.

 

Więcej polskiego węgla już nie będzie

 

Problemy powtarzają się od wielu lat, podobnie było w 2012 i 2018.

Różnica jest taka, że w 2018 braki zapasów zaczęły się w grudniu. Tym razem już w październiku. Energetycy są więc nerwowi. – Modlimy się o łagodną zimę – mówi menedżer z dużej grupy energetyczno-ciepłowniczej.

Przyczyn obecnego zjawiska jest wiele.

 

Po pierwsze, mniej jest samego węgla. Polska Grupa Górnicza, największy producent surowca, w kryzysowym 2020 r. wpadła w olbrzymie problemy finansowe i ścięła inwestycje o z 3 mld zł do 2,17 mld zł. To oczywiście musiało się odbić na wydobyciu. Energetycy w zeszłym roku zrywali umowy, zwały węgla pękały w szwach. Jeszcze wiosną spółki energetyczne mówiły, że chcą mało węgla.

Koniunktura na węgiel wróciła, ale polskie górnictwo wciąż przynosi straty

Sytuacja zmieniła się raptownie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Kryzys energetyczny w Chinach wywindował światowe ceny węgla, problemy na europejskim rynku gazu  spowodowały olbrzymi wzrost cen energii elektrycznej w UE. W rezultacie Polska, w której węgiel jeszcze w 2020 r. był droższy niż w UE, nagle zamieniła się w oazę taniego surowca. Z importera prądu staliśmy się jego eksporterem. Polskie elektrownie przez chwilę mają swoje złote żniwa –pracują znacznie więcej niż w zeszłym roku. Stąd większy popyt na węgiel, którego górnictwo nie jest w stanie zaspokoić.

]

Pociągi pod specjalnym nadzorem

 

Według informacji portalu WysokieNapiecie.pl największy problem tkwi jednak nie w samych spółkach górniczych, ale w transporcie. Węgiel trzeba do elektrowni dostarczyć. Flagowy przewoźnik, czyli PKP Cargo od jakiegoś czasu próbuje się zdywersyfikować i uniezależnić od przewozów węgla, wiedząc, że będzie to kurczący się rynek. W sprawozdaniach finansowych kolejowej spółki zapowiadano „zmniejszenie inwestycji w tabor węglowy”.

 

PKP Cargo wykorzystała pandemiczny kryzys 2020 r. do pozbycia się aż 3,8 tys. starych wagonów, choć oczywiście nie wszystkie służyły do przewozu węgla. Do tego dołożyły się remonty linii kolejowych, zwłaszcza węzła w śląskich Czechowicach-Dziedzicach. W ciągu pierwszego półrocza 2021 PKP Cargo już wykonała o 14 proc. więcej węglowych „tonokilometrów” niż w 2020 r. , mając do dyspozycji znacznie mniej wagonów. Jeśli sytuacja ma się poprawić, to w ciągu krótkiego czasu kolejowa spółka musiałaby się zaopatrzyć w dużą liczbę nowych wagonów.  Czy to jest możliwe?

Odpowiedzi póki co nie ma.  Na pewno pozostali przewoźnicy nie mają takich ilości taboru, który rozwiązałby problem.

 

Jak sobie radzą spółki energetyczne? Według informacji portalu WysokieNapiecie.pl do śląskich elektrowni w PGE i Tauronie część węgla dowozi się… ciężarówkami. Na dłuższych trasach nie ma to jednak żadnego sensu – dzienne zużycie węgla w dużej elektrowni to kilka -kilkanaście tysięcy ton, łatwo sobie wyobrazić ile ciężarówek musiałoby wyjechać w trasę.

 

Czy uratuje nas import?

 

W 2018 problemy z węglem miały podobne źródło – fatalna sytuacja finansowa Kompanii Węglowej (poprzedniczki PGG) spowodowała brak inwestycji i spadek wydobycia. Energetyka ratowała się spaleniem 2,5 mln ton importowanego węgla, na co resort energii chcąc nie chcąc musiał się zgodzić. Postarano się tylko aby na imporcie zarobiły także państwowe spółki-  Węglokoks i Centrala Zaopatrzenia Hutnictwa. Sam tylko Węglokoks sprowadził 1,1 mln ton, w większości z Rosji.

 

Obecny kryzys jest o tyle inny, że na europejskim rynku także są problemy. Rosjanie wybierają bardziej lukratywny rynek chiński. – Tam jest takie ssanie, że opłaca się nawet zmielić zwykle znacznie droższy gruby węgiel i wysłać go do Chin – opowiada nam jeden z importerów.

Polski węgiel jest teraz po 11-12 zł za GJ, za rosyjski trzeba zapłacić 20 zł za GJ. Na duże ilości węgla z importu trzeba będzie poczekać, na pewno co najmniej miesiąc, może dłużej. Tymczasem Węglokoks poinformował portal WysokieNapiecie.pl, że w 2021 r. nie sprowadzał węgla z zagranicy, a na przyszły rok nie ma żadnych zawartych kontraktów.

Nawet jeśli uda się gdzieś kupić węgiel, to trzeba go jeszcze sprowadzić.

A z tym energetyka może mieć jeszcze większy problem niż z transportem krajowego, bo – poza elektrowniami w Ostrołęce i Dolnej Odrze - odległości od terminali morskich i przygranicznych są większe. W dodatku zakorkowało się remontowane kolejowe przejście graniczne na polsko-białoruskiej granicy.

 

- Z powodu braku taboru rośnie też góra węgla na przejściu w Braniewie, na granicy z Rosją – relacjonował nam kilkanaście dni temu jeden z importerów.

Jeśli zima będzie surowa, a do tego dojdzie – odpukać –jakiś problem techniczny w jednej z dużych polskich kopalń, to elektrownie staną przed olbrzymim wyzwaniem. Niektórzy energetycy zaczynają w nieoficjalnych rozmowach przebąkiwać, że w takiej sytuacji trzeba będzie ograniczyć  eksport prądu, co jednak wymagałoby jakiegoś uzgodnienia z Komisją Europejską. Poprzedniej zimy nasz bilans energetyczny można było podreperować dzięki importowi tańszego prądu, a teraz tańszy prąd z polskich elektrowni płynie na Zachód.

Ciepłownie czekają na podwyżki

 

Podobny – choć w mniejszej skali – problem mają także ciepłownie. One od wielu lat korzystają z importowanego surowca, który ma wyższą kaloryczność i mniej siarki. Ale dostawcy węgla zmuszają ciepłowników do akceptacji znacznie wyższych cen, co oczywiście powinno spowodować trudną politycznie podwyżkę cen ciepła. Tak się stało m.in. w Olsztynie i Grudziądzu. - Nasz dostawca czyli KTK Polska (polska spółka rosyjskiego koncernu-red) zażądał podwyżki. Poprosiliśmy o wyjaśnienia skąd ta podwyżka i póki co zachowują się fair, wywiązują się z dostaw i wystawiają faktury po starych cenach – opowiada Konrad Nowak, prezes MPEC w Olsztynie. -  Ale nie mamy złudzeń, że podwyżka prędzej czy później nastąpi.

 

Sorry, taki mamy klimat... inwestycyjny

 

Paradoksalnie w całej tej sytuacji trudno do kogoś mieć pretensje. W końcu Polska Grupa Górnicza powinna ograniczać wydobycie węgla, od którego polska energetyka będzie odchodzić. W dodatku mimo wzrostu cen PGG nie przetrwa przyszłego roku bez kolejnej państwowej kroplówki, namawianie spółki do zwiększonych inwestycji w wydobycie nie ma więc większego sensu. Podobnie jest w przypadku PKP Cargo. Dywersyfikacja, czyli zmniejszanie uzależnienia spółki od malejących przewozów węgla, jest racjonalna. Można tylko się zastanawiać czy pozbycie się w jednej chwili tak dużej liczby wagonów nie było jednak lekką przesadą, bo spółka mogłaby pewnie teraz na nich zarobić.

 

Ale cała historia jest fragmentem szerszego zjawiska, które dotyczy całego świata. Ludzkość wciąż jest uzależniona od paliw kopalnych, zużycie maleje bardzo powoli, albo – jak w tym roku – wręcz rośnie. A tymczasem świat inwestuje w nie coraz mniej, bo ropa, gaz czy węgiel stały się „czarnym Piotrusiem”, zwłaszcza dla instytucji finansowych, które tak naprawdę decydują o tym w jakie gałęzi gospodarki płyną pieniądze.

Najlepszym przykładem jest ropa naftowa. W ciągu ostatnich pięciu lat światowe inwestycje w wydobycie ropy naftowej spadły o jedną trzecią, a przecież liczba samochodów spalinowych nie maleje.

W rezultacie światową gospodarkę czekają olbrzymie turbulencje. Odejście od paliw kopalnych jest nieuchronne, ale będziemy musieli z nimi z żyć jeszcze wiele lat. Stąd musimy się nauczyć jak wykorzystywać je w najbardziej efektywny sposób, możliwie najmniej szkodząc środowisku.

Polska ma tu olbrzymie poletko do zaorania – nasza gospodarka jest wciąż dwukrotnie bardziej energochłonna niż w krajach „starej” UE. Według naukowców z Politechniki Warszawskiej tylko wymieniając tysiące starych maszyn w fabrykach, możemy szybko zmniejszyć zapotrzebowanie na prąd o 23 TWh czyli 17 proc. krajowego zużycia.

 

Modlimy się o łagodną zimę

17 listopada 2021